PODRÓŻE

HANOI – CZY WARTO ODWIEDZIĆ STOLICĘ WIETNAMU?

By on 1 maja 2018

Hanoi i milion skuterów

Minęło już ponad pół roku, odkąd koła samolotu lecącego z Kuala Lumpur, musnęły pas startowy Okęcia, kończąc tym samym naszą trzytygodniową podróż po Azji. Coś mi mówi, że to najwyższy czas, żeby zebrać się w sobie i popełnić na ten temat jakiś wpis.

W stolicy Malezji spędziliśmy zaledwie kilka dni, co w zupełności nam wystarczyło, ale o plusach i minusach tego miejsca, innym razem, wszak podróżnicza etyka nakazuje mi, aby zacząć od początku. A pierwszym celem naszej listopadowej podróży był północny Wietnam. Wciąż żywe wspomnienia niesamowitych chwil spędzonych w Ho Chi Minh sprawiły, że chcieliśmy zwiedzić także wietnamską stolicę – Hanoi. Miał być kontrast. I w sumie był. Ale po kolei.

NIE OBYŁO SIĘ BEZ PRZYGÓD

Czyli co. Chcąc lecieć do Hanoi, siedliśmy do komputera i zrobiliśmy to, co zrobiłby każdy, kto chciałby polecieć do Hanoi, czyli kupiliśmy bilety do… Bangkoku.

No co. Tanio było.

Do stolicy Tajlandii mieliśmy dolecieć Qatarem, a tam ciemną nocą przetransportować się na drugie, sporo mniejsze lotnisko i jedną z tanich, azjatyckich linii dostać się do Hanoi. Brzmi na nieco skomplikowany plan, ale co tam, przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda.

Bilet na trasie Bangkok – Hanoi, kierując się oszczędnościami, został zakupiony przez pośrednika Kiwi.com, z którego usług skorzystałem pierwszy i ostatni raz. Dość powiedzieć, że tylko przypadek sprawił, że zdążyliśmy na nasz lot.

ALE, ŻE JAK?!

Ano, że tak. Godzina odlotu z Bangkoku do Hanoi została zmieniona z 10:30 na 7:30, co znacznie niwelowało bufor czasowy jaki założyliśmy sobie awaryjnie, między poszczególnymi lotami, a pośrednik nie dość, że nie poinformował o zmianie godziny lotu, nie dość, że PRZYSŁAŁ POTWIERDZENIE LOTU O NIEAKTUALNEJ GODZINIE (!), to jeszcze na infolinii upierał się, że informacje o zmienionej godzinie, podanej na oficjalnej stronie przewoźnika nie mają nic wspólnego z prawdą i lot jest o takiej godzinie, o jakiej pierwotnie miał się odbyć.

Nie muszę chyba mówić, że lot faktycznie był przesunięty i zdążyliśmy na niego na styk, tylko dlatego, że na wszelki wypadek wsiedliśmy do pierwszego autobusu łączącego port Suvarnabhumi z Don Muang, odjeżdżającego o 5 rano, co też nie było takie łatwe, zważywszy że wylądowaliśmy kilka minut po 4, wyjście z lotniska, spod którego odjeżdżały autobusy nie było dokładnie oznaczone, a obsługa lotniska, choć chętna do pomocy, wcale nie pomagała tym, że zamiast przyznać się, iż nie rozumieją o co pytamy, wskazywała losowe, za każdym razem inne kierunki.

Kiedy w końcu, bardziej na wyczucie, niż opierając się na udzielanych nam wskazówkach, doszliśmy do autobusu, pozostało nam jeszcze przekonać zaspanych Tajów, że kartka A4, zadrukowana obcymi im literkami w języku polskim, jest faktycznie biletem lotniczym, którego okazanie było konieczne, by pozwolono nam wsiąść do autobusu.

NO I UDAŁO SIĘ

Stary ogórek, pamiętający zapewne pierwsze lata panowania ukochanego przez Tajów Króla Bhumibola Adulyadeja, dowiózł nas do celu nieco bardziej dynamicznie, niż wskazywałby na to jego stan techniczny, w związku z tym, po nadaniu walizek, zdążyliśmy za kilka bahtów kupić wodę kokosową i odsiedzieć kilkanaście minut w opanowanej w całości przez niesamowicie gwarnych Azjatów sali odlotów, zanim zasiedliśmy w fotelach niemal pustego Boeinga, który podjechał do pasa startowego i… odstał tam niemal godzinę, nim wystartował.

Tak. Chodzi o ten sam samolot, któremu tak się spieszyło, że godzina odlotu koniecznie musiała być przesunięta na sporo wcześniejszą. Cóż. Azja.

HANOI

Po miękkim lądowaniu na międzynarodowym lotniku w Hanoi, podreptaliśmy do kantoru, by zostawić parę dolarów, w zamian za trochę lokalnych Dongów, które miały znacznie usprawnić i umilić nasz pobyt.

Swoją drogą, wszystkim podróżującym do Hanoi, polecam wymianę pieniędzy od razu na lotnisku, w kantorze po prawej stronie przed głównym wyjściem, na przeciwko punktów oferujących wypożyczenie samochodu. Kurs jest tak samo dobry, a często nawet lepszy od tego oferowanego na mieście.

Zaraz obok kantoru jest stoisko, w którym można kupić lokalną kartę z internetem. Zdecydowaliśmy się na sieć Viettel za 200.000 Dongów, a do wykorzystania mieliśmy ponad 3 GB transferu. W zupełności wystarczyło. Miła Pani w okienku włoży Ci kartę do telefonu i wszystko skonfiguruje.

Mając już hajsy i internety, dumnie przespacerowaliśmy obok oferujących swoje usługi taksówkarzy i zamówiliśmy Ubera. Wiele osób, zarówno na lotnisku, jak i później w hotelu ostrzegało nas, by z niego nie korzystać, gdyż jest tam nielegalny i mogą być z tego problemy, aczkolwiek nie przejęliśmy się tym i przez kilka dni pobytu w Hanoi, jeździliśmy Uberem jeszcze wiele razy, nie napotykając na żadne związane z tym problemy.

Przejazd z lotniska do centrum starego miasta zajął nam około 40 minut i kosztował nas 230.000 Dongów, co dawało w listopadzie 2017 roku równowartość ok. 10 USD. Niewiele, szczególnie biorąc pod uwagę, że spotkany w recepcji naszego hotelu turysta z Niemiec przyjechał chwilę przed nami taksówką, w której zapłacił za ten sam kurs niemal dwa razy tyle. Koszt karty z internetem zwrócił się już wraz z pierwszym przejazdem :).

NOCLEGI W HANOI

Spaliśmy w Hanoi Old Quarter Hostel. Zdecydowanym plusem tego miejsca jest lokalizacja, winda, świetne śniadania (dla tradycjonalistów tosty i jajecznica, dla chcących, by kubki smakowe wariowały od rana z nadmiaru doznań, zdecydowanie najlepszym wyborem będzie zupa Pho), a także klima i odpowiednie ciśnienie wody pod prysznicem.

Jeśli wydaje Ci się, że z tym ostatnim mnie poniosło, poczytaj opinie noclegów na bookingu. 80% ludzi narzeka, że ciśnienie wody w hotelach, szczególnie na wyższych piętrach, jest tak niskie, że w zasadzie nie pozwala się umyć. Tutaj był pod tym względem lux.

Śniadanie w naszym hostelu. Zupa Pho

Minusem są kontakty, które co prawda są przystosowane, by obsługiwać europejskie wtyczki bez przejściówek, jednak otwory są tak luźne, że często przewodzą prąd tylko wpięte pod pewnym kątem, a każde drobne poruszenie może zniwelować nasze starania, co skutkuje tym, że podłączenie telefonu do ładowania na noc, wcale nie oznacza, że rano bateria będzie pełna.

Dodatkowo okna, przynajmniej w niektórych pokojach to pic na wodę. Dopłaciliśmy za pokój z oknem i mieliśmy dwa. Jedno na korytarz, drugie na ścianę innego budynku, stojącego praktycznie bezpośrednio obok.

Ale, ale, nie ma co się skupiać na pierdołach, wszak zwiedzać przyjechaliśmy, a nie w pokoju się kisić, więc szybko wskoczyliśmy w krótkie gatki i poszliśmy na pierwszy obchód miasta, szykując się do pierwszego spotkania z lokalną kuchnią, łapiąc przy okazji promienie listopadowego słońca.

JEDZENIE W HANOI

Spacerowanie po wąskich uliczkach starego miasta, o tyle specyficznych, że każda uliczka oferuje określone towary – jedna z farbami, druga z sejfami, trzecia z zegarami, jeszcze inna z ozdobami itd. – jest utrudnione przez to, z czego Wietnam słynie – setki skuterów zaparkowanych na chodnikach, duży ruch na drogach i… słabe oznaczenia.

Co jakiś czas można spotkać lokalne knajpki, na widok których co bardziej wrażliwi dostaliby palpitacji serca i woleliby chodzić tydzień głodni, niż zjeść w oferowanych warunkach, ale zapewniam, że jedzenie smakuje bardzo przyzwoicie, jest tanie jak paliwo w Wenezueli (w przeliczeniu 5-7 zł za posiłek to więcej niż rewelacyjnie), a zapite zimnym piwkiem sprawia, że z niepozornego posiłku robi się prawdziwa uczta.

Pod warunkiem, że ktoś lubi azjatycką kuchnię i jest gotowy na kompromisy, bo ze względu na brak angielskich nazw i zdjęć posiłków nigdy do końca nie wiesz co dostaniesz, Twój posiłek może być zimny, bo akurat tak go podają, do tego często w przydrożnych, lokalnych miejscówkach nie ma cen, ale akurat tutaj wielkiego ryzyka nie ma, bo opcje są dwie – będzie tanio, albo bardzo tanio. Tym bardziej warto zaryzykować, bo nawet jeśli nie zjesz tego co Ci podadzą, poniesione koszty będą relatywnie niewielkie. A być w Hanoi i nie skorzystać z okazji? No heloł!

Więcej jedzenia znajdziesz w okolicach ulic Hang Buom i Ma May. Tam zdecydowanie jest z czego wybierać, mnogość potraw ze zdjęciami w menu oraz anglojęzyczny personel sprawiają jednak, że ceny są już nieco większe, aczkolwiek wciąż akceptowalne. Szczególnie warto przespacerować się tymi uliczkami wieczorem, kiedy to lokalsi zaczynają nocne życie, przesiadując godzinami w dużych grupach na porozstawianych na ulicach maleńkich krzesełkach i raczą się piwkiem do posiłków.

Poza tymi butelkowanymi, często importowanymi browarkami, wiele knajp w Hanoi oferuje coś wyjątkowego – Bia Hoi. To świeże piwo jednodniowe – rano przywożone w tankach, musi być spożyte jeszcze tego samego dnia, bo następnego dnia już się psuje.

Smakuje trochę jak szczyny ze specyficznym posmakiem trawy i czegoś bliżej nieokreślonego, ale po kilku kuflach nawet mi posmakowało. Jego zdecydowanym atutem jest cena. W przeliczeniu, kosztuje 80 groszy za kufel, a kiedy trafi się na happy hour, ceny wędrują o połowę w dół. I to wszystko za lokalny przysmak, którego nie można spróbować nigdzie indziej? Wow!

Jeśli już przy lokalnych przysmakach jesteśmy, to w tamtejszych kawiarniach popularna jest kawa z jajkiem. Jest to w zasadzie kawa z koglem-moglem – niesamowicie słodka. Jak przyznali mi miejscowi, oni sami rzadko to piją. To raczej napój przygotowany pod turystów, co nie zmienia faktu, że warto skosztować czegoś nowego. Generalnie w Wietnamie oferowana jest bardzo smaczna, mocna i aromatyczna kawa, która zarówno na ciepło jak i na zimno smakuje wybornie.

Hanoi - wietnamska kawa, niesamowicie aromatyczna...

Dla hardcorowców do spróbowania gdzieniegdzie jest także serce, jeszcze bijące, wysysane wprost z żywego węża i zapijanie tego wódką zmieszaną z jego krwią. No, przyznam, że jakoś się nie skusiłem.

ATRAKCJE HANOI

Przez kilka dni pobytu odwiedziliśmy kilka punktów obowiązkowych, polecanych na Tripadvisorze. Nie wszystkie były warte poświęcenia im swojego czasu i pieniędzy.

Od początku chcieliśmy wejść do Mauzoleum Ho Chi Minha, przy którym stale pełnią wartę żołnierze o kamiennych minach, położonego przy ogromnym placu, nad którym powiewa czerwona flaga ze złotą gwiazdą. Gdy piszę te słowa, jest 1 maja – święto pracy i jestem przekonany, że na tym właśnie placu odbywa się jakaś okazała defilada.

Niestety, akurat w listopadzie, wujek Ho był w Moskwie na renowacji i wejście do środka było niemożliwe.

Warto przejść się na weekendowy nocny targ ciągnący się od jeziora Hoan Kiem, przez setki metrów ulicą Hang Duong. Nie różni się niczym od innych azjatyckich nocnych targów, jednak jest tłumnie i kolorowo, sprzedawcy oferują masę pierdół i podróbek różnej jakości, więc jeśli ktoś lubi takie klimaty, albo nigdy nie miał okazji, to polecam.

Hanoi - nocny targ. Bywa tłoczno...

Hanoi – nocny targ. Bywa tłoczno…

Największą porażką okazał się natomiast Thang Long Water Puppet Theater, czyli teatr na wodzie, przedstawiający wietnamską kulturę i historię. Tłumy niemieckich emerytów na widowni potwierdziły nasze obawy. To przedstawienie to rozrywka bardzo specyficzna, dla pasjonatów i znalazłbym jakieś czterdzieści osiem tysięcy pięćset szesnaście sposobów na lepsze spożytkowanie kilkudziesięciu tysięcy dongów wydanych na bilet.

Długo zastanawialiśmy się nad wycieczką do zatoki Halong Bay, uznawanej przez wielu za ósmy cud świata i obowiązkowy punkt programu. Ostatecznie nie zdecydowaliśmy się skorzystać. Zbyt dużo napotkaliśmy opinii, iż to miejsce to już nie to samo co kilka lat temu, gdyż obecnie jest przesycone turystami, co spowodowało, że zupełnie straciło swój urok. Dodatkowo gwarantem jakichkolwiek pozytywnych odczuć związanych z tym miejscem miała być słoneczna pogoda, a aplikacje pogodowe jak jeden mąż prognozowały mgłę.

HANOI – CZY WARTO?

Moje początkowe odczucia były mieszane. Niby wszystko fajnie, ale kiedy to co zastałem w Hanoi zestawiłem sobie z podróżą do Ho Chi Minh, o którym pisałem >>tutaj<< i >>tutaj<<, nie mogłem oprzeć się odczuciu, że to właśnie miasto z południowego Wietnamu wywarło na mnie większe wrażenie.

Może wynikało to z tego, że był to mój pierwszy raz w Wietnamie, może dlatego, że tam jechałem totalnie bez pomysłu co tam zastanę, natomiast w związku z Hanoi miałem już jakieś wyobrażenia, które nie do końca pokrywały się z rzeczywistością.

Ilekroć jednak spoglądam na stolicę Wietnamu z perspektywy czasu, tym bardziej doceniam spędzony tam czas. Jedzenie jest dobre, jest tanio, można podglądać ludzi żyjących totalnie inaczej niż my, którym do szczęścia nie trzeba wiele. Do tego czuć trochę taki nasz PRL, obecna jest tam godzina policyjna i tego typu cuda, których, na szczęście, próżno szukać u nas, ale ciekawie popatrzeć na nie z bliska.

4 czy 5 dni spędzonych w Hanoi pozwoliło na dość dogłębne poznanie miasta, zwiedzenie atrakcji, poczucie jego klimatu. Tak więc kilka dni po przyjeździe, ponownie siedzieliśmy w Uberze, pokonując znajomą trasę między lotniskiem, a centrum, tym razem w stronę lotniska, aby odlecieć w kolejne miejsce. A jakie? Na razie zdradzę jedynie, że kolejnym etapem naszej podróży była wyspa.

TAGS
o mnie

Siemano z rana! Jestem Marek. Patrzę na otaczający mnie świat z przymrużeniem oka. Lubię się śmiać i w każdej sytuacji staram się szukać pozytywów. W rozmowach często cytuję polskie filmy. Nigdy, ale to przenigdy nie stosuję sarkazmu! Nawet teraz. Mimo, że uwielbiam spać, to nigdy nie ucinam sobie drzemek w ciągu dnia, bo szkoda mi życia. Zapraszam do mojego świata ;-)

Dołącz na facebookU
Szukaj
newsletter
Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do newslettera, aby nie przegapić żadnego wpisu!

Social Media