LIFESTYLE

STRACIŁEM KUPĘ KASY – PATRZ, CO PODPISUJESZ!

By on 6 kwietnia 2017

Kiedy podpisuję jakąś umowę, zwykle wiem jaką i po co. Kiedy ktoś brał mnie z zaskoczenia, nie zdarzało mi się wchodzić w polemikę, ale przekonałem się, niestety bardzo boleśnie, że jeśli już się tak zdarzy – bezwzględnie warto czytać umowy.

Na telemarketerów mam swoje sposoby. Zawsze byłem wyczulony i nie dawałem się wciągnąć w ich gierki. Jeśli magiczne zaklęcie „dziękuję, nie jestem zainteresowany” powtórzone po trzykroć nie dawało efektu, posługiwałem się absolutnym kilerem – klik, czerwona słuchawka. Numer do blokowanych i splunięcie przez lewe ramię. Spryciula, co?

Chyba poczułem się zbyt pewny siebie, bo kilka miesięcy temu dałem się złapać na wyjątkowo ostry haczyk, który może nie rozharata moich wnętrzności, ale na pewno wydryluje mój portfel na sporą kasę. No ale po kolei.

PROPOZYCJA WSPÓŁPRACY

Pewnego słonecznego popołudnia zadzwoniła do mnie Pani, proponując mi reklamę w gazecie. Jako, że prowadziłem sobie wówczas małą firemkę i owa propozycja wpisywała się akurat w moją ówczesną wizję promocji, zgodziłem się, ale przez nieuwagę i zbytnią ufność złożyłem podpis pod czymś całkiem innym, niż myślałem.

Na początku byłem zły na wszystkich w koło, ale im dłużej nad tym myślę, dociera do mnie, że zły mogę być tylko na siebie. Niby to druga strona zachowała się nie fair, ale żyję na tym świecie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że potraktowanie niespodziewanej i niechcianej telefonicznej oferty jak okazję, zamiast jak potencjalną próbę nabicia w butelkę jest błędem tak dzidziusiowym, że powinienem sam się wysłać na karnego jeżyka. 

Łyknąłem wszystko jak młody pelikan i cóż tu dużo mówić – okazałem się ciężkim frajerem. Dopowiedziałem sobie w kilku kwestiach to, co chciałem usłyszeć i dałem sobie wmówić, że gówno w papierku to cukierek.

DLACZEGO WARTO CZYTAĆ UMOWY. PATRZ CO PODPISUJESZ

DRYŃ, DRYŃ…

Jasne, że kiedy śpiewny głos w słuchawce poinformował mnie, że dzwoni z super-hiper-ekstra ofertą, zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, ale jakimś takim bledszym, niż zwykle światłem. Może dlatego, że Pani zaczęła od łechtania mojego ego, jaka to moja firma nie jest profesjonalna, atrakcyjna i dobrze rokująca. I w ogóle, och i ach. Dlatego też po ostrej selekcji została wybrana do tego, aby zostać sponsorem artykułu, tematycznie powiązanego z branżą, w której działałem.

Oferta została przedstawiona w taki sposób, że z każdą minutą czułem, że coraz bardziej pragnę nawiązać współpracę i zapłacić każde pieniądze, żeby tylko mieć okazję z niej skorzystać. Taka niepowtarzalna okazja, którą chciałby mieć każdy, a trafia się właśnie mi! Modły zostały wysłuchane. W końcu!

Nie myśląc wiele, a na pewno mniej niż powinienem, przystałem na zaproponowane warunki. A przynajmniej na takie, jak wydawało mi się, że zostały mi zaproponowane. Niestety, to co znalazło się na umowie, było zgoła odmienne od tego, na co się umawialiśmy. Zorientowałem się trochę zbyt późno, by to odkręcić.

ZASKOCZENIE NR 1 – UMOWA PRZYSŁANA KURIEREM

Po rozmowie, czekam na maila z umową do podpisu. Zamiast tego, do moich drzwi puka kurier. Czy nie umawialiśmy się inaczej? Dobra, mniejsza, dawaj pan ten papier. Niby standard. 1/3 umowy to nasze ustalenia, pozostała część to niezrozumiały bełkot, do którego zrozumienia trzeba ukończenia fakultetu z prawa, napisany w dodatku takim maczkiem, że prawdopodobnie wyglądam jak debil, zbliżając i delikatnie oddalając umowę od oczodołów, dodatkowo mrużąc oczy przy próbie złapania ostrości.

W końcu się udało. Zaczynam czytać. Rety, czy to na pewno jest po polsku? Słyszę chrząknięcie. Podnoszę głowę z nad umowy i widzę, że kurier przebiera nóżkami. Proponuję skorzystanie z toalety. Odmawia. Lata doświadczenia w zawodzie pozwoliły mu opanować do perfekcji powstrzymanie się od załatwiania potrzeb fizjologicznych między godziną 7 a 19. Respekt. Po prostu zajebany robotą tak, że nie ma kiedy taczki załadować. Ulegam presji i po pobieżnym przejrzeniu umowy, podpisuję. Wszystko powinno się zgadzać.

Oddaję papier kurierowi i nim zdążę mu powiedzieć do widzenia, słyszę jak z piskiem opon odjeżdża z parkingu. Dlaczego sądziłem, że umowa przyjdzie mailem?

Co zostało powiedziane:

„-Proszę o podanie maila do potwierdzenia i pełnych danych firmy do wystawienia faktury i wysłania umowy.”

Co usłyszałem:

„-Panie, daj no pan maila do wysyłki umowy, faktury i masy spamu. Będzie pan zadowolony.”

Co rzeczywiście zostało powiedziane:

„-Wyślemy panu potwierdzenie na maila. Fakturę i umowę wyślemy na dane firmowe.”

ZASKOCZENIE NR 2 – JEST NAS WIELU

Po pomachaniu kurierowi chusteczką na do widzenia, rzucam raz jeszcze okiem na umowę. Ponownie pobieżnie. Kwota się zgadza, wielkość reklamy też, moje dane również. Czytanie przerywa mi dzwoniący telefon. Odkładam umowę do segregatora, żeby przeanalizować ją później i oczywiście o niej zapominam.

Reklama ukazuje się po kilku dniach. Faktycznie, jest tam gdzie powinna być, taka jak miała być. Niby szafa gra, ale… Zaraz, zaraz! Dlaczego zaraz obok mnie, na dwa razy większym banerze reklamuje się konkurencyjna firma z regionu?! Co jest?! Przecież obiecywali, że mam wyłączność!

Czyżby?

Co zostało powiedziane:

„-Czy jeśli zdecyduję się na wykupienie reklamy u Państwa, będę jedyną promowaną firmą, oferującą tego typu usługi?

-Wie Pan, nie lubimy robić konkurencji naszym reklamodawcom.”

Co usłyszałem:

„-Masz Pan jak w banku, że będziesz jedyny.”

Co rzeczywiście zostało powiedziane:

„-Nie towarzyszą nam pozytywne odczucia, kiedy przyjmujemy zlecenia od kilku firm z jednej branży, które chcą nam zapłacić za reklamę. Co wcale nie znaczy, że tego nie robimy.”

ZASKOCZENIE NR 3 – NIEWIDZIALNY BANER REKLAMOWY

Coraz więcej faktów zaczyna świadczyć o tym, że mogłem jednak wcale nie zrobić interesu życia. Przypominam sobie, że zakup reklamy był równoznaczny z otrzymaniem dodatkowego baneru na stronie internetowej. Tylko gdzie konkretnie?

Detektyw ze mnie żaden, ale skoro dziesięć minut szukania nie daje żadnych efektów to zachodzi tu klasyczne połączenie prostytucji z muzyką – coś tu, kurwa, nie gra. 

Dzwonię do działu obsługi klienta i dowiaduję się, że owszem, baner został umieszczony na stronie, ale… innej. W zasadzie podstronie. Regionalnej. Bardzo regionalnej. Gdzieś pomiędzy dziesięcioma tysiącami innych banerów. A obiecywali, że będzie tak pięknie…

Obiecywali?

Co zostało powiedziane:

„-Dodatkowo otrzyma pan od nas baner reklamowy na naszej stronie internetowej przez 3 miesiące od dnia emisji, co może znacznie zwiększyć zasięg.”

Co usłyszałem:

„-Paaaanie, firma będzie reklamowana na stronie internetowej gazety, bite 3 miechy, artykuł w gazecie jest jednorazowy, ale Internet to co innego, przez trzy długie miesiące klienci będą do Pana walić drzwiami i oknami. I to wszystko GRATIS! Interes życia.”

Co rzeczywiście zostało powiedziane:

„-Umieścimy baner na naszej stronie, ale nie mówimy na jakiej konkretnie, w którym miejscu oraz jak często i jak długo będzie wyświetlany.”

Ok, dałem się sfrajerować. Nie ja pierwszy, nie ostatni. Nie dopytałem, nie doczytałem. Ktoś mi powiedział, że kupił czerwony samochód renomowanego włoskiego producenta, o którym zawsze marzył, ja z góry założyłem, że chodzi o Ferrari, a później jestem zaskoczony, kiedy widzę go na światłach we Fiacie Tipo. Tak to mniej więcej działa.

Przełknę to, mam nauczkę na przyszłość. Opłacam fakturę, wpinam ją do dokumentów i zapominam o całej sprawie. Aż tu nagle…

CZY WARTO CZYTAĆ UMOWY?

ZASKOCZENIE NR 4 – CZAS TRWANIA UMOWY

Po około miesiącu, otrzymuję kolejną fakturę do opłacenia. Co do…?! Chwytam za telefon i dzwonię do biura obsługi żądając wyjaśnień. „Burdel w papierach macie i tyle!”. Pani sprawdza w systemie i twierdzi, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. „Zaraz, zaraz… Pani, która dzwoniła do mnie z propozycją reklamy oferowała mi jedną emisję reklamy” – mówię. „Nas nie interesuje, co Pan ustalał z handlowcem. Niech Pan lepiej przeczyta, co Pan podpisał” – słyszę w odpowiedzi. No to już wiem, że raczej jestem w dupie.

Biegnę po segregator i zaczynam dokładnie, słowo po słowie analizować umowę. Brawo ja, w końcu robię coś, co powinienem zrobić na samym początku. Z każdym kolejnym połkniętym słowem blednę, a po plecach płynie mi zimny pot. Com najlepszego narobił?!

U góry: cena emisji ogłoszenia – XXX zł. Tak jak się umawialiśmy. A w regulaminie, pośrodku niezrozumiałego bełkotu…: powyższa cena emisji jednego ogłoszenia obowiązuje przy zawarciu umowy na… 24 emisje. D W A D Z I E Ś C I A    C Z T E R Y ? ! Słabo mi.

O nie, tak się bawić nie będziemy! Na pewno można wypowiedzieć tę umowę. I faktycznie, znajduję punkt regulaminu mówiący o rezygnacji. No to dawaj, dobra nasza, piszę pismo, że dziękuję bardzo, ale tak to my się bawić nie będziemy. I z grzywki. Mniej więcej w połowie przelewania swoich żali na papier, reflektuję się, że mogą być z tym związane jakieś koszty.

„…w przypadku rezygnacji należy zwrócić wszystkie naliczone rabaty i ulgi… bla, bla, bla… a także pokryć część opłaty za rezerwację powierzchni reklamowej liczone od cen podstawowych, bla, bla bla…”

Biorę do ręki kalkulator i zaczynam liczyć. No, świetnie. Sumarycznie wychodzi na to, że rezygnacja kosztuje mniej więcej tyle samo, co wywiązanie się z całej, dwuletniej umowy. Szach-mat. Jak do tego mogło dojść?

Co zostało powiedziane:

„-W związku z planowanym ukazaniem się w naszej gazecie artykułu na temat związany z Pańską działalnością, chciałabym zaproponować Panu emisję reklamy pod tym artykułem.”

Co usłyszałem:

„-Jeden artykuł, jedna reklama, dziękuję, dobranoc.”

Co rzeczywiście zostało powiedziane:

„-Piszemy artykuł i możemy przy nim wyemitować Twoje ogłoszenie. Ale nikt nie mówi, że to będzie jedyna emisja. I raczej Ci tego nie powiemy, jeśli sam nie spytasz… albo nie doczytasz sobie w umowie. Frajerze.”

CZY WARTO CZYTAĆ UMOWY?

CO ZA DEBIL…

W ten oto sposób, niechcący wszedłem w dwuletni związek z niby-gazetą reklamową, w której jak się okazuje, poza reklamami, to w zasadzie nic nie ma, także nikt jej nie czytuje. A kilka stówek miesięcznie idzie w Polskę. Mógłbym tą gazetą co najwyżej dupę podetrzeć, ale że nie mam w zwyczaju wydawania fortuny na srajtaśmę, zwyczajnie palę nią w piecu.

Jeśli pierwszy wniosek, który nasunął Ci się po przeczytaniu tego wpisu brzmi: „Co za debil” – prawidłowo. Tylko debil podpisuje coś czego nie przeczytał ze zrozumieniem od deski do deski. I tylko debil wierzy w jakiekolwiek ustalenia słowne.

Pretensje mogę mieć jedynie do siebie. I mam. Ale mam też nauczkę na przyszłość. Nie zostawiać centymetra miejsca na niedomówienia i nie wierzyć w żadne ustalenia słowne. Mam nadzieję, że mój przypadek sprawi, że będziesz nieco bardziej wyczulony na czyhające niebezpieczeństwa związane z zawieraniem wszelkiej maści umów i unikniesz podobnej sytuacji. Lepiej uczyć się na czyichś błędach, niż na swoich. A już na pewno taniej.

TAGS
o mnie

Siemano z rana! Jestem Marek. Patrzę na otaczający mnie świat z przymrużeniem oka. Lubię się śmiać i w każdej sytuacji staram się szukać pozytywów. W rozmowach często cytuję polskie filmy. Nigdy, ale to przenigdy nie stosuję sarkazmu! Nawet teraz. Mimo, że uwielbiam spać, to nigdy nie ucinam sobie drzemek w ciągu dnia, bo szkoda mi życia. Zapraszam do mojego świata ;-)

Dołącz na facebookU
Szukaj
newsletter
Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do newslettera, aby nie przegapić żadnego wpisu!

Social Media